Tajwan - trochę inny świat, trochę daleko od nas

Tajwan - trochę inny świat, trochę daleko od nas

Pewnego dnia wpadłem na genialny pomysł, że skoro nie byłem jeszcze nigdy w Azji, to czas to zmienić. Atlas, czary mary gdzie trafię palcem i padło na Tajwan... Jakże urocza i sztampowa opowieść. Najlepsze w niej jest to, że jest to totalna bzdura, a historia była nieco bardziej skomplikowana tudzież ciekawsza. Nie zdradzając zbyt wielu szczegółów: mój brat kilka lat temu pracował na Alasce i tam poznał dziewczynę z Tajwanu. Pytanie za talon na balon: jak nazywają się kobiety z Tajwanu? Niemalże wszyscy myślą, że na Tajwanie mieszkają Tajki. Nie, nie są to Tajki... Rzeczone mieszkają w Tajlandii i mogą okazać się jajkiem niespodzianką. Na Tajwanie są Tajwanki. Przyswoić i zapamiętać!

Wracając do meritum... Mój brat poznał w USA swoją przyszłą żonę Mei, wrócił do Polski, potem ona przyleciała na parę miesięcy do naszego pięknego kraju, no i kilka lat temu mój brat się wyprowadził do Taichung, a w ostatni weekend września odbył się ich ślub. Ot i cała historyja powodu wylotu tak daleko. Daleko, bo lot Taipei - Amsterdam trwa 13h, a cała podróż Taichung - Taipei - Guangzhou - Amsterdam - Warszawa - Kraków to 37h... Rozkosz dla tyłka i kręgosłupa. Wolałbym tyle non stop rowerem.

W swoich grafomańskich zapędach zwykle piszę dużo i bez sensu, więc komu życie miłe powinien przeskoczyć do plusów dodatnich, plusów ujemnych i ciekawostek poniżej, żeby poczytać parę konkretów o Tajwanie. Na samym dole jest ponad setka zdjęć - have fun!

Co, gdzie i jak?

Lądujemy na wyspie, na wyspie, która w zasadzie jest pasmem wysokich gór z niezbyt wielkim wybrzeżem. Tajwan ma najwięcej na świecie gór wysokich (286 ponad 3000m) i są one rozmieszczone najgęściej na świecie. Lotnisko -  na miejscu od razu uderza fala gorąca, która, w połączeniu z wilgotnością powietrza, po wyjściu z klimatyzowanego samolotu, powoduje szok. 3h podróży autostradą z Taipei do Taichung i pierwsze co rzuca się w oczy to skutery, wszędzie skutery... Osobne pasy dla skuterów, znaki, przepusty. Samochody to dodatek i tak naprawdę dobro luksusowe. Skuterami jeżdżą wszyscy. Od dzieciaków po babcie, które bez niego pewnie nie zrobiłyby 10 kroków. Tak powszechny dostęp do nich powoduje, że panuje dość wyraźna wolna amerykanka w stylu jazdy, wyprzedzanie na dziesiątego, jedni jeżdżą wolniej od rowerów, drudzy wchodzą właśnie w nadświetlną. Smaczku dodaje fakt, że sygnalizacja świetlna jest w zasadzie na każdej krzyżówce, a te są co 100m. Synchronizacja świateł to termin z tajwańskiego słownika wyrazów obcych. Jazda rowerem w tych warunkach zakrawa o masochizm, szczególnie, że miałem pożyczony od brata single speed.

Kraj jest do tego stopnia inny, że Coca-Cola musiała zrezygnować ze swojego logo:


Pierwszego dnia poszliśmy zwiedzić zobaczyć samo Taichung - miasto, a fanem miast nie jestem, szczególnie takich jak na Tajwanie, więc porwać mnie ono nie porwało.

Dzień drugi to wizyta w Xinzhou u rodziny Mei. Przeuroczy festiwal uśmiechów, skinień głową i totalnego niezrozumienia poprzez barierę językową. Oni w ząb angielskiego, my po chińsku umiemy tylko "dziękuję". Jednakowoż to bardzo mili i pogodni ludzie. Po wspólnym obiedzie wyjechaliśmy do Jiufen. Jest to urokliwa górska wioska z widokiem na stolicę kraju Taipei. W tymże Taipei byliśmy i w planie było odwiedzenie Taipei 101, obecnie drugiego co do wysokości wieżowca na świecie. To że się to nam nie udało, bo było za późno, a podczas drugiego podejścia uderzył tajfun, uważam za jeden z największych minusów wyprawy. Uwielbiam wysokość.

Niedziela to głównie zwiedzanie nocnego targu (Feng Chia) w Taichung. Gra świateł, migotanie reklam uderza po oczach, a mnogość zapachów wierci w nozdrzach, Są to pomieszane ze sobą zapachy ichniejszej kuchni, której specyfiką jest stosowanie intensywnych przypraw, zapachu typowego dla rozgrzanych miast, a także smrodu kanałów ściekowych. Trzeba poczuć, trzeba zobaczyć. To tam zjadłem pierwsze z wielu dziwnych potraw. Sporo gier i zabaw z nagrodami: strzelanie do puszek, rzucanie piłkami, etc. Kupić można wszystko, torebki, zwierzęta, pewnie nawet nerkę na przeszczep.

Nadszedł poniedziałek i początek objazdowej wycieczki wzdłuż wybrzeża odwiedzając Kenting National Park, Taitung, Brown Road, gdzie w otoczeniu gór można zobaczyć plantacje ryżu. Kąpiele w oceanie, poparzenia słoneczne... W Hualien spotkaliśmy Iworyjczyka (pochodzi z Wybrzeża Kości Słoniowej), który, ku naszemu zdziwieniu, rozumie trochę po polsku i mówi: "kurwa", "nie dziś", "długo jeszcze" itd. Okazuje się, że miał dziewczynę z Polski (sic!), która pochodziła z tego samego miejsca co moja mama. Świat jest mały! Kolejny w rozkładzie monumentalny Taroko National Park jest chyba najładniejszym tam parkiem narodowym z mnogością gór, wodospadów, enklawami dziwnych zwierzątek itd. Nie opisuję Wam tego dokładnie, bo macie podpisy na zdjęciach na samym dole strony. W czwartek w nocy byliśmy z powrotem na mieszkaniu brata.

Sobota to wesele. Ślub cywilny musiał być wcześniej, ponieważ mojemu bratu kończyła się wiza. Sama impreza trwa 3h, gdzie zaproszonych jest 300 gości, a białasy to niemal wyłącznie my. Sporo ludzi przychodzi na sportowo, byli ludzie w krótkich spodenkach i np. niebieską koszulką Forda. Na weselu się nie tańczy, całe spędza się za stolikiem. Państwo młodzi przy świetle reflektorów wkraczają na salę, chóralne oklaski. Malutki obiad złożony z przekąsek i młodzi wraz z rodzicami weselnymi ruszają na obchód ponad 30 stołów, aby podziękować za przybycie. W międzyczasie panna młoda zmienia sukienkę i znów wejście w pełnej krasie. Sukienek było 3... Po drodze jest jedna zabawa ala nasze oczepiny, gdzie panny łapią za wstążki przymocowane do bukietu, ale tylko jedna z nich przymocowana jest mocno. Jak nie trudno zgadnąć ta właśnie wygrywa przyszłego męża. Pije i je się niewiele. Ogólnie polskim weselom do pięt nie dorasta - nawet przy całym bagażu przaśności i żenady jakie czasem tam możemy zobaczyć.

W poniedziałek, po ponad tygodniu tam, mieliśmy wylecieć do Polski, ale uderzył supertajfun Dujuan (wiatr 180km/h z podmuchami ponad 200km/h) co sparaliżowało życie w kraju. Odwołano loty, zamknięto zakłady pracy (poza 7-Eleven rzecz jasna), transport, usługi. Życie zamiera. Próbowałem porobić zdjęcia co autochtoni kwitowali krzykami "danger, danger" i machaniem łapkami, żebym uciekał do domu. Potem zrobiło się ciemno, padło oświetlenie i nie było nic do roboty jak siedzieć w domu i czekać do rana aż się uspokoi.

Tak to pięknie wyglądało na windity.com:


Jako że wszystkie loty zostały odwołane, to pobyt przedłużył się nam o kolejne dwa dni. W ramach przebukowywania biletów dostaliśmy miejsca w klasie biznes na lot Guangzhou - Amsterdam, aczkolwiek niczym to się nie różni poza ilością miejsc na nogi i osobną kolejką do odprawy. Polska przywitała przyjemnym, odświeżającym chłodkiem, choć ludzie patrzyli się na mnie jak na debila, gdy chodziłem po Warszawie i Krakowie w krótkich spodniach, japonkach (no homo) i podkoszulku.

W domu już okazało się jakimi świntuchami są chińscy celnicy. W ramach prezentu i żarciku pożegnalnego ja i mój brat dostaliśmy tajwańskie świerszczyki - nic szczególnego, pół to ichniejsze mandaryńskie szlaczki, pół pozamazywane zdjęcia. Jednakowoż rzeczeni panowie rozfoliowali sobie te gazetki podczas przetrzepywania bagażu i pooglądali co nieco.

Plusy dodatnie

Kuchnia - a raczej jej różnorodność. Spodobała mi się nie dlatego że mi smakowała, bo najczęściej wrażania były obojętne lub raczej na minus, ale dlatego że mogłem sprawdzić parę nowych rzeczy, które jadłem pierwszy i zapewne ostatni raz w życiu. Ośmiornica, całe kalmary, smażony i kandyzowany łeb kaczki (w całości, dosłownie), krabi kawior, ślimaki morskie i pewnie parę rzeczy, które umknęły mi, nie wiedziałem co jem albo wyparłem je z pamięci.

Wódka - jak na prawdziwego Polaka (a tym bardziej z Podkarpacia) przystało zdarza się nie raz, nie dwa napić wódki. Ichniejsza wódeczka Kaoliang, która ma urocze 58%, da się pić bez przepijania. W gardle ciepełko jakby, któreś ich bóstwo było zamknięte w tej butelce... Jakby maleńki Budda bosymi stópkami chodził w dół przełyku i kazał sobie zbudować świątynię w brzuszku.

Ludzie i brak przestępczości - ludzie są mili, choć nie umieją się z człowiekiem dogadać. Uśmiechnięci, zawsze ładnie dziękują za wszystko. Przestępczość na Tajwanie w zasadzie nie występuje. Ludzie maja pozostawiane otwarte stragany, z których w ciągu dnia sprzedają, zostawiają tam całą machinerię (kuchenki, ruszty, itd.) nikt nie kradnie, nikt nie niszczy.

Przyroda - Tajwan to tak naprawdę jedno duże pasmo górskie wystające z oceanu. Od strony Chin nieco większe, acz niewielkie wybrzeże, od strony Oceanu cała reszta jest górami. W związku z temperaturą i wegetacją są to góry często porośnięte bardzo wysoko roślinnością. Poza tym sporo egzotycznych jak dla nas gatunków zwierząt i roślin. Łącznie z tymi, które może nie chcą, ale jak trzeba to skrzywdzą człowieka. Węże, wielkie osy, pająki, węże wodne itd.

Plusy ujemne

Pogoda - trzeba się przyzwyczaić, że jest gorąco, non stop, cały dzień i całą noc. Pod koniec września, gdzie o 18 jest już ciemno, że oko wykol, w ciągu dnia jest ponad 30 stopni, a w nocy temperatura nie spada poniżej 26 stopni. A bywa znacznie gorzej. Morduje również wysoka wilgotność. Lubisz uprawiać sport? To nie lubisz Tajwanu.

Zabytki - nie ma, po prostu nie ma. Jako że kraj ma raptem 100 lat, to uświadczycie (lub bardzo niewiele) starszych budowli etc. Nawet świątynie, stylizowane na zabytkowe, są często murowane i pełno plastiku.

Angielski - nikt (no prawie) nie zna angielskiego. A jeżeli zna to b. b. słabo. Jeżeli zna to i tak nie chce używać. Na weselu brata rozmawiałem z profesorem matematyki na tamtejszym uniwersytecie - on akurat był w Europie, który powiedział, że faktycznie mało ludzi się nim posługuje, a większość się wstydzi go używać, szczególnie, że ich akcent nie pomaga w zrozumieniu co mówią. Na szczęście żona mojego brata mówi bardzo dobrze po angielsku. Mój brat musi być z tego powodu szczęśliwy, bo on by się z nią nie dogadał, a my ponieważ wycieczka po Tajwanie byłaby znacznie trudniejsza. Nieraz uratowała nam dupsko rozmawiając z autochtonami w ich pogańskim języku.

Architektura - wszystko na jedną modłę, dwa typy płyteczek na ścianach niemal wszystkich budynków, wszechobecna blacha falista, wszechobecna prowizorka. Rury, peszle, kable, wszystko puszczone po elewacji niczym nie zamaskowane.

Smród - to dotyczy miast, ale kratki ściekowe, takie duże, 40x60cm są co kilka metrów. Gorąco, wali z nich niemożliwe miejscami.

Bonus - niezbyt przyjemne, więc można sobie odpuścić czytanie. Ostrzegano mnie, ale dotyczyło to Chin kontynentalnych i w tychże Chinach się zdarzyło. Mianowicie poziom kultury i higieny, który uważamy za normalny to nie ta bajka. Szczytem był gość, który sprzątał na lotnisku w Guangzhou. Poszedł do toalety chwilę przede mną. Wchodzę, 2/3 kabin zajęte, ale 3 wolna - pakuję się do niej, a tam przy otwartych drzwiach, do tej ich dziury w ziemi (zamiast muszli) kloca wali rzeczony sprzątacz. Odwracam się na pięcie, wycofuję pod pisuary i czekam aż się zwolni jakaś kabina. Ten zaś zaczyna najnormalniej w świecie konwersować z facetami przy umywalkach. Charka co chwilę i odkrztusza takie tęgie sercówy plując po ścianie i nie przerywając rozmowy. Ok, stoję dalej, on gada z kolesiami i w lustrze nagle widzę jak gestykuluje. Gestykuluje trzymając w rękach papier - zużyty, obsrany! Horror, terror, zgroza. Na lotnisku byłem 7h. Za drugą wizytą, tam gdzie i król chadza piechotą, widziałem podobny przypadek z otwartymi drzwiami, więc od razu wybyłem.

Ciekawostki

Mamy rok 104 - serio, serio. Dzień i miesiąc zgadza się z "naszym", natomiast rok datowany jest od momentu powstania państwa. Można to zobaczyć choćby na biletach.

Brak koszy na śmieci - wiadomo czym to się kończy. Jeżeli słyszycie na Tajwanie melodyjkę na ulicy, to nie znaczy, że właśnie jedzie miły pan z owocami i warzywami. Oznacza to, że w okolicy jedzie śmieciarka, w której to środku są Tajwańczycy i udeptują śmieci swoimi małymi stópkami, a z domów wybiegają ludzie, aby dogonić ich i wrzucić swoje worki.

Religia - dominującą religią jest buddyzm (ok nic ciekawego) - ludzie tam na balkonach, przed blokami, sklepami, świątyniami itd. mają takie piecyki. W piecykach tych pali się sztuczną mamonę. Kupuje się bloczki pieniędzy, które potem pali się w tychże piecykach (totalnie topornych w budowie). Niektórzy twierdzą, że bogiem jest tu mamona - mają sporo racji.

Liczenie na palcach - no i tu się można naciąć, Wdaje Ci się, że zawsze jak nie znasz języka to tych parę międzynarodowych gestów wystarczy? Wała. Pokażesz na dworcu, że chcesz 3 bilety do Xinshu i jesteś szczęśliwym posiadaczem 8 biletów. A wytłumacz potem tej "przemiłej" pani w okienku, że chcesz zwrócić nadmiarowe bilety i kasę z powrotem. Należy pamiętać, że liczy się też inaczej niż w Chinach.

Internet - dostęp do Internetu komórkowego jest niemal wszędzie, niemniej jednak podobno, żeby kupić kartę SIM nawet przepłaconą trzeba się pofatygować z paszportem itd. Ja akurat korzystałem z uprzejmości hot spotów od brata i jego żony, więc nie potrzebowałem. Niemniej jednak nie tak jak u nas. W przeciwieństwie do Chin kontynentalnych nie ma tutaj cenzury, toteż Google, FB, Gmail itd. działa.

Ceny - nie jest drogo, jest porównywalnie z Polską (ciut drożej). Mają tam dolary tajwańskie TWD. Można swobodnie liczyć / 10. Kurs to bardziej / 9, ale dla łatwości obliczeń styknie.

Wizy - dla obywateli UE od pewnego czasu wydłużono bezwizowy pobyt z 30 do 90 dni. Aż nadto, żeby zdążyć zobaczyć wszystko i jeszcze trochę.

No to jak było?

Najoględniej rzecz ujmując kraj jest ciekawy poprzez swoją inność - tym bardziej jeżeli ktoś nie był nigdy w Azji tak jak ja. Jeżeli zostaniecie w jakimkolwiek mieście, zawiedziecie się dość poważnie. Ten kraj jest piękny dopiero po opuszczeniu granic "cywilizacji". Monumentalne góry, wszędzie jest zielono, zalesione stoki i szczyty.

Niemniej jednak wydaje się, że jest w Azji kilka innych krajów, które odwiedzić warto znacznie bardziej (szczególnie jeżeli nie ma się czasu/warunków, aby chodzić po górach). Podróż tam jest długa, bilety nie najtańsze, nie ma zabytków, więc zastanowić by się, czy nie lepszym wyborem byłyby choćby kontynentalne Chiny, Wietnam, etc. Dla tych, których nie ciągnie do Azji, za podobne pieniądze, można zwiedzić Islandię czy Norwegię. Byłem, zwiedzałem mając teraz porównanie z Tajwanem, to wybrałbym na Waszym miejscu któryś z tych właśnie krajów.

Tajwan

Signle speed brata
Jiufen
Jiufen nocą
Jedna z wielu
Bleh, ostrości brak
Mają tam buddów od wszystkiego
Wszechobecny tłum
Widok na Taipei
Burgerów tam robić nie umieją i piwo Taiwan Beer
Ulice Xinzhou
Rybki z Maple Garden Park w Taichung
Jest tu jakaś księżniczka?
Wystawa w sklepie zoologicznym. Psa? Kota? Węża?
Jak się postarać to da się ładne miejsca znaleźć
Wszędzie reklamy, wszędzie świeci, miga i gra
Gdzie się nie obrócić wszędzie takie same budynki
Taichung Night Market
Panie zawzięcie zachęcają do grania na automatach
Nie tylko my mamy dość tłumów
Jedzenie jeszcze z gatunku tych
Lody, lody na patyku
Happy
Zarcie już mniej europejskie - jadłem
Jak to Azjaci, byli tacy co potrafili trafić 100%
Skutki braku koszy
1000 TWD (dolarów tajwańskich)
Kenting
Ocean Spokojny
Tak czysto, że szczury zdychają
Pies chciał zjeść konika, a konik miał to w... nosie
Jedyny karaluch widzany w dzień - tych w nocy było sporo
Hmmm drzewo...
Bliżej nieokreślny gatunek wija
Kenting National Park
Mała jaszczurka
Korzenie wysokości 3-4 ludzi
Krab
I żółty krab
Karne mróweczki
Można się pogubić
Żabka mała
Lody śmietankowo-kakaowe z posypką z orzechów, rukolą i jakimś plackiem...
Tak, to w środku to pan
Standard, tłumnie, tłoczno, ludzie na drogach i tak codziennie
Peeling, czyli niby fish spa
Kacze łby, kalmary i cholera wie co jeszcze
Taitung - Light Bridge
Zhonghua Bridge
Widok z okna
Plaża w Taidung
Woda czysta, nie to co Bałtyk
Jego Niskość Rafał Nowak
Trochę mniej kolorowe rybki w oceanie
Radary na klifie
And they lived happily ever after...
Wygląda trochę jak czapla biała, ale nie znam się na tym
Miały być klify, wyszło że jednak niekoniecznie
Ale i tak jest ładnie
Woda z dystrubutora
Świątynia ze swastyką w Taitung
Plantacja ryżu
I zaczyna się ładnie
Chyba najupalniejszy dzień tam
Brown road
Podobno jesteśmy spokrewnieni
Zielono mi
Brown road
Miejsce
Minionki
Kanał irygacyjny
Jakaś szopa
Na drugim planie najsławniejsze drzwo Tajwanu
Tajwan to susza, permanentna
Zaczynają się drogi wśród skał
Chciałbym Wam powiedzieć jak nazywa się ta rzeka, ale...
Wodospad Nanan
Nie byłbym sobą jakbym sobie pod wodospad nie wlazł
Zwrotnik raka
Rower pożyczony od starszej pani w Hualian
Shakadang Trail
Taroko
Była sobie żabka mała
Zwierzaczki maja tam wybitnie kolorowe
Wyjechać za miasto i zaczyna się urokliwie
Tylko podziwiać
Mei, żona mojego brata
Kolejna jaszczurka
Robactwo przybiera tam spore rozmiary
Płynie ... płynie po tajwańskiej krainie
Potrafią ładnie wkomponować to w przyrodę
Most do zamkniętego rezerwatu (50 osób dziennie, zapisy 2 miesiące wcześniej)
Droga do Swallow Grotto
Mówiłem, że będzie górzyście
Monumentalnie
Nic tylko podziwiać
Most prowadzący do światyni Hsiang
Grzecznie pozował
Brama Hsiang
Jestem Budda, poproszę datki
Czyż to nie jest piękne?
Widok ze środka
Hsiang Temple
Momentami urywa du... głowę
Nie wolno tam wchodzić... No to jestem kryminalistą
Klimatycznie
Któryś z rozlicznych Buddów
Hsiang Temple po raz kolejny
To nie był Budda od dobrej pogody
Strażnik świątyni
Na suficie też jest na co popatrzeć
Buddów jak mrówków
Obrońca buddyzmu
Na pewno większa finezja w pomnikach niż u nas
Swastyk i tych płyteczek jest na metry
Nie mogę powiedzieć, żeby mi się po powrocie nie szczęściło
Nie wiem co to, ale przekolorowe
Ten pan pozował martwy
Kaoliang - świetna wódka
Tak wygląda główny dworzec autobusowy
Rzeźba w Xinzhou
Blokowiska
Które mogą przytłaczać
Wesele - nie, nie tańczy się tam
Jedyna zabawa ala oczepiny
Obiad, taki mini
Zaczyna się tajfun
Wiucha
I zaraz otworzy się niebo
Ostatnie zdjęcie zanim padło światło
Na prośbę jednego z Wykopków
Jedyny słuszny środek transportu
Wszechobecne 7 eleven
Papa!
Coca-cola
Tajfun Dujuan
Świerszczyki w wydaniu tajwańskim