737km na raz, czyli mozolnie zbliżamy się do tysiąca

737km na raz, czyli mozolnie zbliżamy się do tysiąca

O dziwo udało się pobić życiówkę w jednym przejeździe. Trasa Kraków -> Gliwice -> Wrocław -> Kalisz -> Warszawa. Czas netto 28h 31min. 10 min snu w rowie zresetowało organizm zarówno wydolnościowo jak i zasypianie za kierownicą. Najwyraźniej mózg (a przynajmniej mój) jest dość głupi i dał się oszukać, że to był prawdziwy sen, a nie ledwo chwila zamknięcia oczu.

Nie wyspałem się, bo mdliło mnie całą noc przed wyjazdem, nie dałem rady zjeść rano makaronu z tego samego powody, ale liczyłem, że w trasie przejdzie. Od startu upał (30 °C) i wmordewind od Niemca. Pierwsze 100km rzygania, ale zakładałem, że potem będzie tylko lepiej. Nie było, po 150km wizyta w aptece, dostałem jakiś lek i od 200km znaczna poprawa. 300km we Wrocku, cała noc jazdy i nad ranem niestety popsuły się plany, bo chciałem jechać nad morze odwiedzając po drodze Kingę pod Toruniem, ale front z deszczem przegonił mnie na wschód. Ostatnie 80km z Michałem z Warszawy- jednak obok siebie, więc bez draftingu, niemniej jednak miło było mieć z kim pogadać. Powrót pociągiem do Krakowa i jeszcze 8km do domu (czyli łącznie 745).

Wracając do domu i o 1:30 nieoznakowana Insignia mnie zatrzymuje, a panowie każą dmuchać w alkomat - na pewno wyglądałem jak imprezowicz na kolarce i w stroju + Apidura z bagażami...

W przyszłym roku pewnie do 1000 spróbuję podejść, bo gdyby nie senność, to nogi dawały jeszcze spokojnie radę. Dzień po organizm sprawował się zadziwiająco dobrze. Zarówno nogi jak i miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę zachowywały się zupełnie w porządku.

Linki do Endomondo są dwa (pierwsza i druga część), bo nie wytrzymało tak dużej ilości punktów, a tutaj link do Stravy. Zdjęć niestety nie ma, bo wycieczka nie była krajoznawcza, a większość trasy biegła drogami krajowymi, które do obejrzenia oferują co najwyżej ekrany dźwiękochłonne.